- Najbardziej ze wszystkiego boje się że umrzesz. Boje się że kiedyś Cię nie będzie.
Banalne słowa.
Mógłbym je usłyszeń w niejednej telewizyjnej operze mydlanej.
Wywołały by u mnie zapewne, zaledwie delikatny grymas pogardy lub ewentualnie rozbawienia. Z pewnością także skłoniły by moją leniwą naturę do wysiłku wyciągnięcia ręki w kierunku pilota i przełączenia kanału.
Było jednak zupełnie inaczej gdy usłyszałem je od NIEJ - wtedy ogarnęło mną przerażenie.
Wystraszyłem się nie samej świadomości nieuniknionego procesu starzenia i/lub Śmierci.
Znam fundamentalne prawa Biologii. Wiem że kiedyś pomarszczę się wyschnę i skurcze jak skórka pomarańczy. To nieuniknione. Jestem z tym nawet w jakiś sposób pogodzony.
Wystraszyłem się ciężaru odpowiedzialności jaki już na mnie ciąży. Odpowiedzialności wiążącej się z moim istnieniem i jego wpływem na moje otoczenie - Tym większej im więcej zmian dokonam w ich świecie.
W jednej chwili nastąpił totalny przewrót mojego spojrzenia na tematykę kresu istnienia. Także mojego kresu.
Wydaje mi się że prawdziwą tragedią nie była by moja śmierć, tylko śmierć mnie w nich i w ich świecie.
Egoistycznie to dotychczas pojmowałem.Teraz wiem że w mojej śmierci wcale nie ja muszę być najważniejszy i nie ja muszę być główną postacią w tym dramacie.
Rola mojej Mamy w historii jej choroby tak naprawdę była krótkim epizodem w porównaniu z rolą jaką odegrał w niej przykładowo mój Tata. Dramat ten jeszcze się nie zakończył więc on nadal jest odtwórcą tej roli. Będzie ją grał dopóki dopóty ona konsekwentnie nie zniknie z jego świata.
Zniknie ??? ...
Teraz lepiej rozumiem dlaczego Mama umierając bała się o nas ; nie o siebie.
Nauczyliśmy się przecież prać, sprzątać i gotować pomidorówkę z ryżem.
Pilnować rachunków, pielęgnować ogród i podlewać na czas kwiaty na parapetach - nawet kaktusy.
Załatwiać sprawy w urzędach, myć i Polerować okna a także wynosić śmieci zanim same zaczną wychodzić.
Pomimo tego wciąż czujemy że jest coś nie tak , wciąż uczymy się żyć w nowych warunkach, wciąż poszukujemy, wciąż wiemy za mało, wciąż cierpimy, wciąż gramy w dramacie przez nią rozpoczętym.
Długość tego spektaklu to dowód jak bardzo jej ingerencja w nasz świat była silna.
Dowód na to jaka odpowiedzialność na niej ciążyła.
Ona tylko starała się grać jak najlepszą role w naszym życiu. To niesprawiedliwe jednak że przez to jak doskonale jej się to udało utrudniła role odgrywaną przez nas już po swojej śmierci.
...
ONA rzadko się boi a nagle oświadcza mi że obawia się mojej śmierci - najbardziej?!!
Gdy usłyszałem to od NIEJ - wtedy ogarnęło mną przerażenie.
Nie wiem czego bym musiał ją jeszcze nauczyć teraz by nie musiała uczyć się tego po moim zniknięciu sama. Nie znam wszystkich rzeczy których bym jej pozbawił swoją śmiercią a które były by jej niezbędne do życia.
Nie wiem w jakim stopniu zmieniłem jej świat, nie wiem jak wyglądać będzie on beze mnie -
ONA jednak na pewno wie, dlatego się boi.
Nie mogę jej opuścić. Jej i pozostałych satelit.
Z NIĄ muszę dbać o dom który stworzyliśmy.
Pielęgnować i zrealizować marzenia które spłodziliśmy.
Utrzymać wspólny świat który wykreowaliśmy.
Dla NICH powinienem rozwinąć idee w które kazałem im wierzyć.
Wypowiedziałem już wiele słów, złożyłem wiele obietnic
Reszty powodów mogę się (lub też nie) już tylko domyślać.
Jestem odpowiedzialny za to co oswoiłem.
...
Co odpowiedziałem ? :
- obecnie jestem nieśmiertelny i mam zamiar jak najdłużej taki pozostać.
To jedyne słowa na które było mnie stać w tej chwili i wobec myśli które ta chwila wyzwoliła.
Zresztą to nie kłamstwo. Ludzie umierają codziennie ... ,
ale mnie to teraz nie dotyczy prawda ???...
PS.
Gdybym Umarł
możliwe że zmieniło się bardzo wiele...

Charlene Soraia 'Wherever You Will Go'
OdpowiedzUsuń